dojechalismy szczesliwie, po 36h drogi.
wczoraj bylismy tak starszliwie zmeczeni, ze pomimo, iz bylismy w hotelu o 11am - wlasciwie caly dzien spalismy. przez te 36h bylismy po kolei w polsce, w londynie (w naszym mieszkaniu), w nowym jorku i w koncu na dominikanie.
wpierw wrazenia z nowego jorku.
pomiedzy lotem z londynu a lotem do santo domingo bylo 9h roznicy, wiec zamiat siedziec bezczynnie na lotnisku pojchalismy do centrum miasta.
wysiedlismy z metra o 2300 tuz przy times square, czyli miejscu gdzie powierzchnia reklamowa jest najdrozsza na swiecie. to jest to slynne skrzyzowanie/plac gdzie jest mnostwo wiezowcow a na nich az do bardzo wysokich pieter zawieszone sa ekrany z reklamami. mialam poczucie okropnego scisniecia, tloku, strasznego halasu i zawirowania czasowego - pomimo, ze bylo tak pozno wiekszosc sklepow i restauracji byla otwarta w najlepsze. zostawilam moje kosmetyki kolorowe w londynie, ale nie bylo problemu - o 2400 kupilam te najpotrzebniejsze. i nie bylam jedyna klientka :))))
generalnie jest to miejsce do ktorego juz chyba razcej nie chcialabym wracac tak bez potrzeby, zeby zwiedzac. ciesze sie jednak, ze zobczylam. to co widzialam, to najgorsza i skondenswana czesc kultury masowej, brrrrrr.
lukasz mi przytoczyl dobry cytat voltaire, ktory idealnie opisuje moj stosunek do centrum nowego jorku: once a philospher, twice a pervert. oczywiscie, to jest moje wrazenie tylko odnosnie scislego centrum, chcialabym bardzo zobaczyc, jak wygladaja dzielnice mieszkalne.
po tej wycieczce po ruchliwym times square pojechalismy do greenwich village - dzielnicy na manhattanie, skupionej wokol uniwersytetu nowojorskiego. zupelnie inne wrazenia - przytulnie, malowniczo. spedzilismy wieczor w takim studenckim klubie jazzowym. jednak bylismy pod koniec juz tak padnieci, ze ja niewiele pamietam.
teraz troche wrazen z dominikany:
to co mnie zdumiewa na dominikanie to fakt, ze jestem w stanie porozumiec sie po hiszpansku, i to nie na poziomie ´kali miec, ale generalnie rozumiem wiekszosc rzeczy i sama mowie do rzeczy ;)))) to chyba z powodu francuskiego jest mi latwiej. uczylam sie bowiem hiszpanskeifo jedynie 1.5 roku
santo domingo to najstarsza osada cywilizacji europejskiej w Nowym Swiecie, zwiedzamy dzis przepiekne stare miasto, ktorego budynki powstaly w XVI wieku. malownicze waskie uliczki, kolorowe kamieniczki. wokol nas mnsostwo dominikanczykow, ktorzy maja wysokie mniemanie o naszym bogactwie, bo przez caly czas nam ofiaruja jakies uslugi, za co oczywiscie oczekuja zaplaty. wczoraj na przyklad w supermarkecie bylismy jedynymi bialymi i po prostu bylismy traktowani jak krolewieta. to jest ogromnie krepujace. a z drugiej strny, glupio tak sie wymigiwac od ich uslug, bo dzieki nam moga sobie zarobic.
dzis jednak w koncu sie wkurzylismy i splawilismy takiego przewodnika, strasznie byl namolny, i lazil wciaz za nami cos nam opowiadajac lamana angielszczyzna. wiecej bysmy sie dowiedzieli z przewodnika, wiec mu powiedzielismy grzecznie ale stanowczo, ze chcemy byc sami. nie mogl sie z tym pogodzic, ale w koncu, po wreczeniu 150 pesos zrozumial:)))
miasto jest przepiekne, ludzie bardzo mili i usmiechnieci, wszedzie poruszaja sie wolniutko, niczym sie nie przejmuja…
jutro mamy plan - wylegiwac sie na plazy, mniammm!









